Jedz wilku trawę

Kto nie odzyskał wzroku duchowego i nie zobaczył Bożej chwały ani też brzydoty i podłości życia według ciała, nie może żyć niebiańskim życiem ani nawet go rozumieć. Pozostaje ciągle istotą ziemską, zmysłową, cielesną, zaś takiej istocie przejawy życia według ciała są bliskie, znajome, atrakcyjne i wręcz niezbędne. Kierowanie apeli o święte życie do ludzi, którzy nie narodzili się z Ducha i nie odzyskali wzroku duchowego, to sprawa tak samo bezsensowna i beznadziejna, jak apelowanie do jastrzębi, aby żyły jak gołębie. Mogą oni nawet słuchać z nabożną miną i przytakiwać kurtuazyjnie, kiedy jednak zabrzmi muzyka rockowa, wyleci korek z butelki, rozlegnie się szelest banknotów, wzrok padnie na jakąś goliznę, albo zdarzy się coś innego w tym rodzaju, ich dusza natychmiast podskakuje, dając w ten sposób niewątpliwy dowód tego, jaka jest jej prawdziwa zawartość. Pewni ludzie nauczyli kota trzymać w łapach zapaloną świeczkę, lecz jego "nabożność" prysnęła momentalnie bez śladu, kiedy na podłodze pojawiła się mysz. Chrześcijanie to nie ludzie, którzy swoje namiętności przykrywają maską pobożności, lecz ludzie, którzy namiętności i pożądliwości wydali bezlitośnie na ukrzyżowanie z Chrystusem. To nie ludzie, którzy swą cielesność ukrywają lub biorą w obronę i usprawiedliwiają argumentując, że są przecież tylko ludźmi, lecz którzy ujarzmiają i podbijają w niewolę swoje członki, nie pozwalając im na żadne przejawy starych skłonności i odruchów. Nie chodzi tu bynajmniej tylko o kilka największych grzechów. Chodzi o wszystkie bez wyjątku grzechy, wszystkie bez wyjątku przejawy nieposłuszeństwa względem praw i nakazów Bożych.

Odłączeniu dla Boga siłą rzeczy towarzyszyć musi odłączenie od wszystkiego, co nie Boże, co ziemskie, marne, pospolite. Nie są to tylko grzechy, lecz wszystkie przejawy życia według ciała, wszelkie tandetne cechy życia według modły tego świata, życia ludzi poddanych marności i znikomości świeckiej gonitwy za wiatrem. Dla człowieka, który nie przeżył nowego narodzenia w jego biblijnej głębi, słowa takie przedstawiać będą tylko pozbawione treści frazesy, a zwiastowanie na temat świętości wywoła jego irytację. Dla człowieka prawdziwie narodzonego na nowo pojęcie i mowa o świętości są czymś atrakcyjnym, mającym swój odpowiednik w jego odnowionym wnętrzu, toteż pójdzie za tym głosem, będzie się w świętości chętnie uczył, będzie się w niej ćwiczył, będzie się cieszył z poczynionych na tej drodze postępów. Boże wymaganie świętości nie wprawi go w zakłopotanie, lecz w radosne podniecenie. Bardzo pragnie być święty, ponieważ Bóg jest święty. Boże życzenie znajduje swój pełny odpowiednik w jego życzeniu, co jest świadectwem obecności w nim nowych, niebiańskich treści, złożonych tam przez Ducha Świętego. Łaknie i pragnie sprawiedliwości, każde Boże wymaganie jest dla niego drogie i pociągające, jednocześnie zaś, kiedy spojrzy wstecz, widzi brudy i marność swojego poprzedniego postępowania, których teraz wstydzi się. Ani myśli pozostawać w nich i godzić nowe życie z pozostałościami starego. Wszystko, co pospolite, skalane przez ciało, uważa za nieczyste i traktuje z odrazą, i to właśnie stanowi jego osobliwość, jego świętość w ich uzewnętrznieniu praktycznym. Kontrasty sięgają bardzo głęboko. Dla człowieka ziemskiego jest zupełnie normalne postępowanie nie do przyjęcia z punktu widzenia nauki Chrystusa. Znieważony obraża się. Zaatakowany słownie odcina się natychmiast. Oskarżony zaczyna się bronić. Skrzywdzony zaraz protestuje. Uderzony przyjmuje odruchowo postawę samoobrony. Usłyszawszy wulgarny dowcip, wybucha śmiechem. Na wieść o tym, że zginął jakiś przestępca, odczuwa i wyraża satysfakcję. Kiedy jest coś do podziału, chce otrzymać jak najwięcej. Gdy dochodzi do porównań, stara się wypaść jak najlepiej. Jeśli zrobi coś złego, usiłuje swą winę jak najbardziej pomniejszyć. Można by tę listę wydłużać, lecz już tych kilka przykładów wystarcza, aby stwierdzić, że wszystko, co robi "normalny" ziemski człowiek, od najelementarniejszych odruchów, jest przesiąknięte zepsuciem upadku i wydaje przykry zapach cielesności. Człowiek pospolity nie będzie się tym wcale przejmował i nie da sobie wytłumaczyć, że pozostając w tym trybie życia, nie może służyć Bogu ani uzyskać Jego akceptacji. Człowiek święty będzie się czuł każdym przejawem cielesności w sobie głęboko upokorzony i dołoży wszelkich starań, aby na bieżąco i na stałe zwlekać starego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekać nowego. Niestety, ewangelia o tym, że w ofierze Chrystusa zawarte jest wszystko niezbędne do przezwyciężania starej natury, jest większości chrześcijan zupełnie nieznana, a tam, gdzie jest głoszona, spotyka się z reguły z zaciętą opozycją. Przyjemniejsza i milsza dla uszu okazuje się być ewangelia pozbawiona nauki o świętości, czyli pozbawiona skuteczności, gdy chodzi o doprowadzenie do chodzenia w nowości życia. Niepełna, okrojona, spłycona i zubożona ewangelia stała się w naszych czasach niezmiernie popularna i ulubiona, zarówno wśród słuchaczy, jak i wśród zwiastujących, i to nawet w kręgach, które podkreślają zwiastowanie "pełnej ewangelii". Sytuacja taka jest tragedią naszych czasów, gdyż powoduje, że mimo niespotykanego dotąd co do zasięgu zwiastowania ewangelii, skutki tego zwiastowania, gdy chodzi o trwałe owoce duchowe, okazują się być niezwykle skromne. Stan taki jest bardzo korzystny tylko dla szatana. Nie okiełzane, nie oczyszczone z cielesności i nie uświęcone życie osobiste rzutuje w zrozumiały sposób na stosunki w Kościele. Pojmowanie i postępowanie według żywiołów świata, a nie według Chrystusa, staje się tam wtedy zjawiskiem normalnym. Ludzi ocenia się według kryteriów świeckich: ich zamożności, wykształcenia, ogłady towarzyskiej, atrakcyjności wyglądu zewnętrznego, błyskotliwości umysłu, przydatności. Stosunki przenika rywalizacja, szukanie swoich rzeczy, nielojalność, nieszczerość, nieuczciwość, brak prostolinijności, stronniczość, manewrowanie, manipulowanie i wiele innych. O stosunkach niebiańskich nie może być w tej sytuacji ani mowy. Wymienione i im podobne zjawiska są przejawami i skutkami pospolitości, pozostawania w ogólnie panującym bezładzie, brudzie i zamieszaniu, cechującym życie świeckie według ciała. Co gorsza, ludzie nie uświęceni, nawet widząc, że dzieje się niedobrze, uważają wymienione zjawiska za zło konieczne, za skutki faktu, że "jesteśmy tylko ludźmi". Korzenie tego stanu tkwią bardzo głęboko. Zaniedbanie nauki i praktyki świętości trwa nieraz przez całe pokolenia, wierzący nie widzieli więc nic innego i nie potrafią sobie wyobrazić życia według wzorca Słowa. Ubóstwo takiego "życia" sprawia, że chrześcijaństwo nie daje im pełnego zadowolenia, mimo pozornej przynależności do Boga, odczuwają wewnętrzny niedosyt, głód, którego zaspokojenia, z braku prawdziwego, mocnego pokarmu w Kościele, poszukują gdzie indziej. Dożywiają się pokarmami ze stołu księcia tego świata: świecką kulturą, sztuką, muzyką, sportem, rozrywkami, zabawami, widowiskami, słuchowiskami itd. Pokarmy te, prócz tego, że nie są w stanie naprawdę nasycić, wywierają tragiczny skutek uboczny: coraz bardziej zaślepiają, coraz bardziej zacierają świadomość różnicy pomiędzy człowiekiem, który służy Bogu, a człowiekiem, który Mu nie służy. Pokarmy te działają skutecznie: skutecznie odświęcają chrześcijan, oczyszczają ich z wszelkich resztek mentalności niebiańskiej, uczą i ćwiczą reakcji i odruchów, obowiązujących w księstwie tego świata. Jakąż nieopisaną radość musi odczuwać książę świata ciemności tego wieku na widok niezliczonych tysięcy "dzieci Bożych", pobierających w jego szkole codzienne wielogodzinne lekcje, prowadzone przy użyciu najnowocześniejszych środków audio-wizualnych, z wzrokiem wlepionym w ekrany poddających się cierpliwie operacji oplatania swej duszy niezliczonymi niewidocznymi nićmi, których końce znajdują się w jego dłoni! Kino, telewizja, koncerty, widowiska, igrzyska, stadiony i boiska sportowe, książki, czasopisma, nagrania - wszystko to prezentujące w czystej formie "życie" w wydaniu tego, który był zabójcą od początku, i wszystko to łapczywie zjadane przez mieniących się przynależeć do Tego, który przyszedł, aby miały życie w obfitości. A skutek? Przejawia się w Kościele wzniesionym z materiałów pochodzenia ziemskiego, odartym z chwały Bożej - w odstępstwie. Zaślepione umysły wpadające w irytację na dźwięk Słowa, czystej nauki o ukrzyżowaniu z Chrystusem, o chodzeniu w światłości, o uświęceniu. Sposoby postępowania, zachowania, wyglądu, w żaden sposób nie dające się dopasować do wzorca Słowa Bożego, a za to wykazujące zadziwiającą zgodność z wzorcami z pierwszych stron tygodników, katalogów firm wysyłkowych, zdjęć pochodzenia z Hollywood. Tędy poszły w naszym stuleciu zmasowane ataki diabelskie na Kościół, który pod ich ciosami poniósł i w dalszym ciągu ponosi olbrzymie straty. Nie byłyby one tak dotkliwe, gdyby natarcie szło jedynie z zewnątrz. Istotną rolę odegrał tu i odgrywa czynnik wewnętrzny: nauka Balaama, zachęcająca do spożywania rzeczy obłożonych klątwą. Przychodzi ona z reguły z zagranicy, lecz z niezwykłą skwapliwością, satysfakcją i ulgą witają ją u siebie i przechwytują ci, dla których konsekwentne życie chrześcijańskie w odosobnieniu i świętości jest z racji ich powierzchownego odrodzenia ciężarem. Są przekonani, chociaż nie mówią tego głośno, że trochę pożądliwości ciała, pożądliwości oczu i pychy żywota jest człowiekowi do życia koniecznie potrzebne. Mają rację. Nieodrodzonemu!

Zdrowy Kościół jest zawsze świadomy swej osobliwości, dąży do świętości i do oddzielenia od wszystkiego, co ziemskie, niskie, pospolite. Nie do pomyślenia jest zdrowie Kościoła bez jego świętości. Świętość Kościoła nie jest żadnym marzeniem, wymaganiem nie do spełnienia i nie do osiągnięcia, lecz rzeczą konieczną i w pełni osiągalną. Gdziekolwiek i kiedykolwiek Kościół odzyskiwał swoje zdrowie, odzyskiwał także swoją świętość. Członki zdrowego Kościoła to zawsze lud szczególny, prezentujący światu wszystkie cechy życia Bożego. Ich autentyczne narodzenie z Ducha sprawia, że życie takie jest głębokim ich pragnieniem i głęboką ich potrzebą. Pokarmy ze stołu księcia tego świata: jego lekcje, igrzyska, widowiska oraz umalowane, wypielęgnowane i obwieszone biżuterią kukły, wywołują w nich obrzydzenie. Przyozdabiają się w rzeczy bez porównania bardziej zacne i wartościowe, które jedynie liczą się przed Bogiem. Kościół zdrowy to także Kościół uczący świętości i wymagający świętości. To Kościół, w którym nie ma szans ostania się na dłuższą metę nic z tego, co pospolite. To Kościół, w którym sprawa podobania się niebiańskiemu Oblubieńcowi posiada wysoki priorytet. To Kościół, w którym Duch Święty na bieżąco stoi na straży świętości i utrzymuje ją, wskazując poprzez różnorodne wzajemne usługi i dary duchowe wszystko, co na lśniących bielą szatach byłoby przez Oblubieńca nie do zaakceptowania. Dzięki temu procesowi Kościół mimo swych ograniczeń i słabości lśni niebiańskim pięknem, prezentując światu chwałę, czyli wspaniałość Bożą. Pancerz sprawiedliwości i tarcza wiary sprawiają, że wszelkie strzały ogniste złego zostają zagaszone, bez względu na to, czy będą one zawierać jad pożądliwości mamony, czy rozkoszy i wygód, czy też popularności i uznania. Wszystkie te rzeczy, które jak lep muchy gubią chrześcijan cielesnych, pozornie tylko służących Bogu, nie są w stanie wyrządzić Kościołowi strzegącemu swej osobliwości żadnej szkody. Diabelskie ataki, których podłożem jest apelowanie do cielesności, spływają po uświęconym Kościele jak woda po piórach gęsi, gdyż podobnie jak w Jezusie, w członkach jego nie ma nic, o co mogłyby one się zaczepić. Głębia ich społeczności z Bogiem syci ich i poi w takiej obfitości, że nie mają najmniejszej potrzeby dożywiania się przy stole atrakcji świeckich. Należy tu z naciskiem podkreślić, że osobliwość i świętość, o których mówimy, nie oznacza i nie może oznaczać odseparowania się od świata w sensie fizycznym, zerwania kontaktów z ludźmi nie odrodzonymi ani też izolacji. Kościół nie będąc z tego świata, ma jednak ważne obowiązki w tym świecie. Spełnianie ich wymaga jak najbliższych i jak najczęstszych kontaktów z ludźmi świeckimi. Czy nie ma tu sprzeczności? Jeśli podchodzić do sprawy powierzchownie, można dojść do wniosku, że jest. Pozorna sprzeczność przejawia się w praktyce tym, że społeczności, które kładą nacisk na uświęcenie, często mają trudności w nawiązaniu kontaktów z ludźmi tego świata, co przejawia się bardzo ujemnie na wynikach ewangelizacji. Są nawet tacy, którzy odrzucają świętość, widząc w niej wymaganie nie do pogodzenia z obowiązkiem głoszenia ewangelii. Mimo pozorów pogląd taki, jako sprzeczny ze Słowem, należy uznać za niesłuszny i odrzucić. Nie ma żadnej sprzeczności tam, gdzie Kościół z równą starannością i poczuciem odpowiedzialności podchodzi do wszystkich swoich obowiązków, do wszystkich elementów swojej działalności. Pancerz sprawiedliwości i obuwie gotowości niesienia ewangelii pokoju nie są z sobą w żadnej sprzeczności, lecz należą wraz z innymi częściami do uzbrojenia chrześcijan i Kościoła. Oba te elementy, tak jak i inne, muszą być traktowane z jednakową starannością. Należy się z równym zapałem uczyć separacji wewnętrznej od wszelkich przejawów cielesności, jak i umiejętności skutecznej usługi i pomocy ludziom tkwiącym w cielesności. Uświęcanie się nie może prowadzić do niechęci kontaktowania się z potrzebującymi ewangelii ani do utraty wspólnego z nimi, zrozumiałego dla nich języka. Tak samo ewangelizowanie nie może w interesie ułatwienia wejścia do Kościoła prowadzić do obniżania poziomu jego świętości, ani też do głoszenia ewangelii "uatrakcyjnionej", do przemilczania prawdy o śmierci starego człowieka. Istnieją wspólnoty, w których zwiastowanie ewangelii jest na wysokim poziomie i przynosi skutki, istnieją także takie, które mają znaczny dorobek w dziedzinie uświęcenia. Jest to okoliczność pomyślna, gdyż każda z nich może się uczyć brakującego jej elementu od drugiej. Jakie to proste, prawda? A dlaczego nie? Dlatego, że "eksperci" od ewangelizacji uważają się za wyższych i gardzą jako ludźmi w zastoju tymi, którzy głoszą uświęcenie, lecz mają niski przyrost liczebny. Oraz dlatego, że "eksperci" od uświęcenia uważają, że jeśli ktoś nie dorównuje im w świętości, to jego głoszenie ewangelii nie ma żadnej wartości. Pozostaje więc wzajemne wytykanie sobie braków i "wzajemne" pozostawanie w nie zrównoważeniu. Ku radości szatana i świata, który się z tego śmieje. Przedstawiona sytuacja ma także zastosowanie, gdy chodzi o różne inne elementy biblijnego wzorca Kościoła, toteż można ją traktować przykładowo. Aż zbyt trywialne na to, żeby o tym pisać, wydaje się to, co trzeba w tej sytuacji zrobić, aby zapewnić postęp w dziele odnowy. Czy nie jesteśmy w stanie uświadomić sobie szkód, jakie wyrządza taka postawa? Czy nie jesteśmy w stanie uświadomić sobie, komu, zajmując taką postawę, służymy? Kroczenie drogą odnowy wymaga zburzenia wszelkich tradycyjnych uprzedzeń, utartych schematów myślowych, oceniania wszystkiego i wszystkich miarą własnych osiągnięć. Jest to niewątpliwie wygodne i dogadza własnej ambicji, podsyca mit własnej wielkości i dojrzałości, zaś zastosowanie ocen obiektywnych, czyli spojrzenie prawdzie w oczy, bywa zniechęcające i bolesne, ale jest to koniecznością. Mimo wszelkiego dorobku nie można osiągnąć celu ani robić postępów, karmiąc się złudzeniami. Trzeba również podkreślić, że droga do uświęconego życia jest tylko jedna: prowadzi ona przez Golgotę, czyli przez śmierć z Chrystusem. Mimo oczywistości tej prawdy w praktyce jakbyśmy o niej często zapominali. Wydaje się nam, że pracowników powierzchownych, ucieleśnionych, posługujących się ocenami i metodami świeckimi, uda nam się pozyskać dla sprawy uświęcenia w Kościele drogą przekonywania, perswazji albo nawet jakichś nacisków. Jest to mniemanie iluzoryczne. Myślą oni, postępują i działają zgodnie ze swymi predyspozycjami wewnętrznymi i żadne środki zewnętrzne nie są w stanie niczego zmienić. Jedyną drogą jest przemiana wewnętrzna, której każdy musi się poddać dobrowolnie, z własnej decyzji, wystawiając swoją osobowość na zbawienne działanie mocy krzyża. Apostoł Paweł z płaczem mówił o tych, którzy postępują jak wrogowie krzyża Chrystusowego. Nie chodzi o to, że odrzucają oni ukrzyżowanie Chrystusa jako środek odpuszczenia grzechów. Pod tym względem krzyż z pewnością miłują i akceptują. Są jednak wrogami krzyża jako środka własnej śmierci z Chrystusem. A tylko tędy prowadzi droga do zdrowia duchowego w dziedzinie uświęcenia. Dotyczy to zarówno jednostki, jak i wspólnoty Kościoła. Jeśli decydujesz się iść drogą odnowy w tej dziedzinie, nie próbuj tego robić w swojej aktualnej kondycji, lecz ponownie, jeszcze raz, gruntownie, nie bacząc na treść dotychczasowych swych przeżyć, skorzystaj z uśmiercającej mocy krzyża, tracąc na nim wszelkie objawy cielesności. Jest rzeczą zdumiewającą, jak panicznie wierzący unikają tego, co jest najwyższym dobrem, co otwiera drogę do nieograniczonych źródeł duchowej mocy i skuteczności. Dwaj ludzie Boży stali kiedyś na rozdrożu. Jeden z nich czuł dziwny pociąg w stronę urodzajnej niziny i ludnych miast z ich wrzawą, dostatkiem i najróżniejszymi możliwościami. Drugi skierował swoje kroki w stronę pustych, niezbyt gościnnych wzgórz, wśród których jego duch wyczuwał bliskość Boga. Na rozdrożu takim stoi w sensie duchowym każdy chrześcijanin, każda wspólnota. I od jego czy jej wyboru zależeć będzie ich dorobek i ich losy. Straszną cenę zapłacił po latach Lot za swe umiłowanie pospolitości. Stracił rodzinę i mienie. Ledwie uszedł z życiem, a wyniesione z Sodomy nawyki zhańbiły go na zawsze. Podobny los spotyka i czeka wszystkich miłośników pospolitości, rzucających zazdrosne spojrzenia w stronę atrakcji świata. Nie tam, Kościele, jest twoje miejsce. Będąc spadkobiercą wiary Abrahama, bądź także podobny do niego w wyborze. Ulubieńcy Boga źle czują się w pospolitym tłumie. Ich orle serca rwą się do góry, skąd w odosobnieniu spływają na nich strumienie błogosławieństw, przeznaczone na zaspokojenie potrzeb ginącego świata.

Józef Kajfosz





Chciał(a)bym przesłać ten artykuł pocztą elektroniczną na adres:

Moje imię i nazwisko:



Wersja HTML, Copyright by Czytelnia Chrześcijanina, 1998