Zwycięstwo poprzez klęskę

Możemy się modlić do Boga aby najechał i podbił nas lecz zanim tego nie zrobi pozostajemy w ciągłym niebezpieczeństwie ze strony tysięcy nieprzyjaciół. Nosimy w sobie ziarna swojej własnej dezintegracji. Nasza moralna nieroztropność stawia nas zawsze w niebezpieczeństwie przypadkowego czy lekkomyślnego samounicestwienia. Potęga naszego ciała jest wciąż obecnym zagrożeniem dla naszych dusz. Zwycięstwo możemy osiągnąć jedynie poprzez zniszczenie naszego starego życia.

Pokój i bezpieczeństwo przychodzą do nas dopiero po tym jak rzuceni zostaniemy na nasze kolana. Bóg wybawia nas poprzez złamanie nas, poprzez rozbicie w pył naszej ludzkiej mocy i unicestwienie naszego oporu. Wtedy atakuje naszą starą naturę owym starodawnym i wiecznym życiem, które jest od początku. Zwycięża nas zatem a poprzez ten błogosławiony podbój zachowuje nas dla Siebie samego. Mając przed sobą ten tak dogłębnie wyjawiony sekret, oczekujący prostego przez nas odkrycia, dlaczego wciąż jeszcze w niemal wszystkich naszych działaniach podążamy w zupełnie innych kierunkach?

Dlaczego budujemy kościoły na ludzkim ciele? Dlaczego przywiązujemy tak wielką wagę do rzeczy, które Pan dawno już odrzucił i mamy w pogardzie rzeczy, które Bóg tak wielce ceni? Albowiem nie uczymy ludzi umierania z Chrystusem a życia w mocy ich konającego człowieczeństwa. Chlubimy się nie naszą słabością a siłą. Wartości, które Chrystus ogłosił fałszywymi, zwykłymi śmieciami, powróciły do łask, uznane zostały za ewangeliczne i promowane są jako treść życia i istota chrześcijańskiej drogi. Paweł powiedział, "Zostałem ukrzyżowany dla tego świata." Krzyż, na którym umarł Jezus stał się również krzyżem, na którym umarł Jego apostoł. Strata, odrzucenie, wstyd - one wszystkie należą tak do Chrystusa jak i do tych, którzy są w pełni Jego. Krzyż, który ich zbawia, również zabija ich a wszystko, czemu tego brakuje jest żałosną pseudoreligią i nie ma absolutnie nic wspólnego z religią prawdziwą. Cóż jednak możemy powiedzieć kiedy przeważająca większość naszych ewangelicznych liderów żyje nie tak jak ukrzyżowani ale jak ci, którzy akceptują świat i rządzące nim wartości, odrzucając jedynie poniektóre, większe czy też bardziej ewidentne wypaczenia. Jakżeż możemy stanąć przed obliczem Tego, który został ukrzyżowany i zgładzony, kiedy widzimy Jego naśladowców akceptowanych i wywyższanych? Jednakże głoszą oni nauką o Krzyżu i zaklinają się, że są prawdziwymi wierzącymi.

Są zatem dwa krzyże? I czyżby Paweł miał na myśli jedno a oni coś zupełnie innego? Obawiam się, że tak właśnie jest, że są dwa krzyże - nowy i stary. Pamiętając o swoich własnych wielkich niedoskonałościach, powinienem myśleć i mówić z wyrozumiałością o tych, którzy przyjmują ciężar drogocennego Imienia którym my, Chrześcijanie jesteśmy nazwani. Lecz jednak jeśli postrzegam to prawidłowo, krzyż popularnego ewangelicyzmu nie jest krzyżem Nowego Testamentu. Jest raczej nowym, połyskliwym ornamentem na łonie pewnego siebie i cielesnego Chrześcijaństwa, którego ręce są prawdziwie rękoma Abla lecz którego głos jest głosem Kaina. Stary Krzyż gładził ludzi, nowy ich zabawia. Stary Krzyż sprowadzał przekleństwo, nowy rozśmiesza. Stary Krzyż zniszczył zaufanie pokładane w ciele, nowy je wzbudza. Stary Krzyż przyniósł łzy i krew, nowy przynosi śmiech. Ciało, uśmiechnięte i zadufane w sobie, głosi kazania i śpiewa o Krzyżu, przed tym Krzyżem bije pokłony i na ten Krzyż wskazuje doskonale wyreżyserowanymi przedstawieniami, lecz na tym Krzyżem nigdy nie umrze i uparcie odmawia przyjęcie na siebie jego przekleństwa. Doskonale wiem jak wiele gładkich argumentów może być wytoczonych w obronie nowego krzyża. Czyż nowy krzyż nie zdobywa nowych dusz i nie znajduje wielu naśladowców zawierając zatem w sobie korzyści sukcesu liczb? Czyż nie powinniśmy dostosować się do nowych czasów? Czyżbyśmy jeszcze nie słyszeli hasła , "Nowe dni, nowe drogi?" Któż, z wyjątkiem ludzi bardzo starych i konserwatywnych, upierałby się za śmiercią jako wytyczoną drogą do życia? Któż dziś jest zainteresowany mrocznym mistycyzmem który skazałby jego ciało na śmierć krzyżową i zaleciłby pokorę prowadzącą do samounicestwienia, jako właściwą cnotę do praktykowania przez współczesnych Chrześcijan? Oto i te argumenty, wraz z wieloma nonszalanckimi pozorami są one wywyższane aby dać pozór mądrości pustemu i bezwartościowemu krzyżowi popularnego Chrześcijaństwa. Prawdziwa wiara musi zawsze oznaczać więcej niż tylko bierną akceptację. Ośmiela się ona oznaczać nie mniej, niż poddanie naszego przeklętego Adamowego życia miłosiernemu końcowi na krzyżu. Oznacza to, że winniśmy jesteśmy Bogu sprawiedliwy wyrok na nasze przepojone złem ciało i uznanie Jego prawa do zakończenia jego przebrzydłego panowania. Uznajemy się za będących ukrzyżowanymi z Chrystusem i zmartwychwstałymi do nowego życia. Tam, gdzie taka wiara jest, Bóg zawsze będzie współpracować z naszym uznaniem. Bóg realizuje to poprzez efektywne wykorzystanie bolesnej lecz przepełnionej miłością inwazji na naszą naturę. Kiedy Bóg pokona nasz opór, wiąże nas łańcuchami miłości i przyciąga do Siebie. Tam, "obezwładnieni Jego cudownością" padamy pokonani i dziękujemy Bogu znów i znów za ten błogosławiony podbój.

A. W. Tozer



Chciał(a)bym przesłać ten artykuł pocztą elektroniczną na adres:

Moje imię i nazwisko:



Wersja HTML, Copyright by Czytelnia Chrześcijanina, 1999